JAKUB KORNHAUSER. PUDŁO Z ŻYCIEM, E-SPLOT.ART.PL

Robert Król (rocznik 1981) posiada umiejętność fascynującego kluczenia w labiryncie metafor, kontrastowania dyscypliny formalnej z niebanalną wyobraźnią. W nowym tomie powstaje z tego obraz świeży, oniryzmem zadłużony nieco u Sosnowskiego, ale spójny jednak i mocny. Język niby ściśle kontrolowany, a przecież raz po raz aż kipi od niespodzianek. To się czyta; widać strategię, koncept i sporo dystansu, w dobrych całkiem proporcjach.
Król gromadzi w zbiorze galerię obiektów: wątłe banknoty, bezimienne radio, zmięte nekrologi. Wpuszcza nas do zakurzonego magazynu, w którym hoduje się niewczesne rozterki i stracone złudzenia. Ściśnięci w sonetopodobnym, kartonowym pudle o wymiarach 60 tekstów na 14 wersów, obserwujemy przez szpary dogasanie przeterminowanych obrazów, czekamy na nowe rozdanie. Jasielsko-krakowski poeta doprowadza życie do stanu zerowego, kiedy balast monotonnych rytuałów zakopywany jest w piwnicy, a tuż-tuż pojawia się konieczność (a może i wola) podjęcia jakiejkolwiek aktywności.
Prawdę mówiąc, Czternastki to pożegnanie z całym inwentarzem rekwizytów, struchlałych zdarzeń i cieni. Opustoszałe kino, gdzie wyświetlają nam film o starych gratach, jakbyśmy wyprzedawali własną przeszłość na kiermaszu w desie. Bilans nie wypada korzystnie: żeby móc zacząć od nowa, trzeba uznać swoją porażkę, poczuć się samotnym wśród surowych wnętrz, zapomnianym w przejściu podziemnym, otoczonym przez dziki i głodne wilczury. Stać się bezdomnym i grzebać w pralce z brudami.
Tragedii nie ma, wystarczy z nieskrywaną czułością ogarnąć tę różnokształtną kolekcję, by zrozumieć, że niewidoczna staje się wina minionych dni. W gumowych rękawicach i odblaskowych pelerynach wsuwamy do foliowych worów odpadki z życia, opróżniamy piaskownice kubkiem z naderwanym uchem, żegnamy świat z rozkojarzonymi neonkami. Nieważne, że niepotrzebne stały się te wszystkie eksponaty zbyt precyzyjnej pamięci, królik i psy, lodówka bez drzwi i wybrakowany zegar, stary telewizor, soki w kartonie, przeszklony balkon, skrzypiące łóżko, chleb pęczniejący w garnuszku. Istotą jest sam proces tworzenia tego zbioru zatapiającego się w nieskończoności. Jakże drobiazgowy to opis! Melancholijny na przemian i chropawy, eksplorujący ciemne zakamarki i zanurzony w słońcu. Dajemy się uwieść tej dziwnej wyobraźni, barycznym splotom, nabożnym wirusom, zaniedbanemu eterowi. Tam gdzieś czai się jeszcze jakiś błysk, któremu można się przyjrzeć z bliska, wkrótce bowiem klamka zapadnie.
Po to Król szczelnie zapełnia swe pudła, by za chwilę zmierzyć się z ogromem pustki. Mam puste ciało i pomysł jak je zamieszkać, powtarza, wyrzuciwszy z trzewi niepotrzebną treść. Moje życie jak wielka stołówka bez krzeseł, puste ciało, kino, opustoszałe kotwicowisko, puste domy, kołyski, karty biblioteczne, wszędzie smętna, bezosobowa cisza, nijakość, mętność i lichota. To rzeczywistość gumowych fantomów, sztuczna, nędznie przekalkowana; wszechobecny stan zawieszenia. Pytanie, czy ten dom, odseparowany, toczony chorobą, będzie się w ogóle nadawał do zamieszkania?
Pomysł to jedno, ale nie wiadomo, czy wystarczy sił, wiary i determinacji do działania. Tu nie ma żartów, trzeba się czym prędzej uwolnić od warczących pudeł, zakopać i zapomnieć. Pogrzebać podartą miłość (też przecież stare pudło), może znajdzie się nowa, bardziej prawdziwa? Ale jest problem z komunikacją; po wymazaniu samego siebie, język staje się tworem obcym i nieprzyjaznym. Co robi poeta? Do kraju, którego zabrakło, można zaprosić Jamesa Cooka, żeby nadał mu jakiś kształt, legitymizował słońce, czas, piękne dziewczyny i pęto toruńskiej. Jednak na razie globus pozostaje cały czas w naszych rękach; co prawda wskazuje tylko zapomniane strony świata, ale zaraz podepnie się mu wskazówkę. Ciało, pusty budynek, zapełni się nowymi krzesłami i przedmiotami gospodarskimi, naprawi się pompę w oczku wodnym, piaskownicę i zjeżdżalnie. Nowemu lokatorowi trzeba chyba pozwolić pracować na swoje nazwisko, niech uważa na fałszywe gesty, zamazane ślady i cieknący nos. Rzecz prosta, zdaje się ironizować Król, wystawmy ciało na deszcz, niech te metafizyczne ablucje zmyją z niego pierwotną tożsamość, wypełnijmy je do cna jutrzejszymi wyobrażeniami, snami o podwiniętych nogawkach, tańczmy leciutko z losem, to wadząc się z nim, to godząc, no i śmiejmy się, przebijmy raz na zawsze wielki balon trosk.
Czy powtórne przeżycie dzieciństwa można sobie zaaplikować niczym dopalacz? Atrybuty życia są takimi właśnie produktami kolekcjonerskimi, sugeruje poeta, wyliczając je, klasyfikując, powtarzając, dokonując szczegółowego przeglądu w klaserze przeżyć. Przeżyć, wyobrażeń, snów. Otwórzmy jeszcze zapomniane koperty z ojcem, kardamonem, Stefanem Batorym i blokowiskami, ze wszystkimi fantastycznymi obrazami mielonymi w moździerzu z babki, prababki. Natrzyjmy się nimi ostatni raz, zanim zalakujemy je na dobre. To wszak koniec akademii/schyłek pobożnych życzeń, różańców/ przy palniku podczas smażenia konfitur, ale należy odrzucić życie po to, by żyć.


TERESA TOMSIA. CZTERNASTKI, LATARNIA-MORSKA.EU

Mam puste ciało i pomysł jak je zamieszkać. Wiersze Roberta Króla (ur. w 1981 r., mieszka w Krakowie) zamieszczone w tomiku Czternastki (WBPiCAK, Poznań 2010) stawiają pytania o rolę sztuki i wyobraźni, próbując jednocześnie stworzyć definicję przestrzeni społecznego bytowania i nazwać narzędzia, jakimi się posługujemy we wzajemnych kontaktach. Wyobraźnia to nie wszystko, zdaje się nam przypominać poeta, zapisując "czternastkami" (czternastoma wersami) wszystkie swoje poetyckie obserwacje. Rekwizyty przez niego przywołane, rzadkie w poezji z nazwania: pieniądze, kwity, banknoty, karty stałego klienta – niezbędne do funkcjonowania w nowoczesnym państwie – przypominają o konieczności zmiany stylistyki, jeśli chcemy opisać nasz wspólny świat.
Być może w zamiarze są to swoiste sonety o przemijaniu współczesnego człowieka, który sam sobie buduje pomnik z obietnic i pokwitowań lub są to uwagi o mylnych tropach i toczących się nieustannie niedokończonych sprawach (Jesteśmy przychylni. / Dlatego kolej rzeczy podmienia pozycje. / Mamy bilety lutnicze na seans strojenia.)
Bohaterowie, którzy zostali przez autora wpisani w opowiadane historie, pozostają anonimowi, zaledwie jedno czy drugie przywołane imię – wypełniają zbiorowość swoimi pojedynczymi istnieniami, ale ten, który opisuje, ma nad nimi władzę demiurga i to on tutaj jest najważniejszy:
Ale istnieją takie rzeczy, ludzie / i sprawy, o jakich muszę na okrągło opowiadać, / żeby nas zapamiętano, żeby się raz na zawsze / okazało, że to, o czym śnię nie jest prawdziwe, / że to tylko wyobrażenia, nieprawdziwe migreny, / i gumowe fantomy, które nie żyją, nie kłamią, // nie potrafią się kochać, udawać oraz przyjmować / pokarmu. Nie mają nałogów i nie są odziane. / Jakże lekka ręka, która skarży się w ten sposób. ("Pięćdziesiąte siódme")
Imperatyw działania, mimo wszystko, staje się w wierszach Króla najważniejszą czynnością podmiotu, dokopywaniem się do sedna istnienia, jakby w bezokoliczniku było nam istnieć bezpieczniej i wyrażać to, co nas wszystkich zbiorowo i z osobna dotyczy (Pustoszyć piwnice i stropy, przetrząsać / place zabaw, opróżniać piaskownice...). Kreacja, parafraza, przymierzanie kostiumów stylistycznych bawi poetę i prowadzi w przyszłość jego poetyckiego języka, nad którym panuje w sposób imponujący, o czym świadczy choćby podsumowanie aforystycznych zdań wydobytych z opisanych wcześniej obrazów (w ostatnim utworze książki. W odwołaniu do słynnego wiersza ks. Jana Twardowskiego ("Szesnaste") autor nie kieruje nas w stronę pozytywnej aktywności czy wzajemności: śpieszmy się kochać ludzi, lecz pokazuje wyobcowanie człowieka pośród sprzętów i narzędzi codziennego egzystowania (Zostanie garść rekordów, wprowadzanych / masowo we wnętrza naszych komórek, / w zamierzchłą pamięć i przestrzenie ciał). Nasze osobiste sprawy są powiązane z cudzymi magicznym węzłem tymczasowości i uzależnione od ogólnych programów i uwarunkowań – ochrona niezależności "ja", pytania o zadania literatury w świecie techniki i błyskawicznej informacji pozostają bez odpowiedzi. Sztuka pisania wierszy nie jest przecież od wyciągania wniosków, lecz od ukazywania "opcji", jak trafnie to ujął poeta w wierszu "Dwudzieste szóste", od wizji kłębiących się w głowie, wynikających nie z rachunku, ale z kolejnego wejścia na stronę wyobraźni. Poezja, jaką pisze Robert Król, w oryginalny, pomysłowy sposób zwraca naszą uwagę na język, jakim się komunikujemy.


PAWEŁ KOZIOŁ. CZTERNASTKI, LAMPA, NR 6/2010

Zacznę tu recenzencką rozgrywkę, która z pewnym prawdopodobieństwem załata jakąś dziurę w odbiorze nowej poezji. Czternastki Roberta Króla, mówiąc fachowym żargonem, stanowią sonetoidy – to jest utwory czternastowersowe, kształtem nawiązujące do wiadomego gatunku literackiego (czy też, jak mówią niektórzy teoretycy, do wiadomej strofy, bo tak też sonet można zaklasyfikować). Gatunek – względnie strofę – z reguły cechowała zwięzłość, i tę poezji Króla, który do tej pory przyzwyczajał czytelników raczej do długich i zawikłanych opowieści, trzeba przyznać. Co zaś się tyczy wersyfikacji, poeta wybrał doprawdy osobliwy podział 4-7-3, rozmywany dodatkowo przez przerzutnie często przeskakujące ponad podwójnym enterem. Podobnie arbitralne są zresztą tytuły wierszy – kolejno stosowane liczebniki porządkowe w rodzaju nijakim. Sztuczki z cyframi i datami znajdują zresztą w wierszach ciąg dalszy [...]

Wynika stąd, iż książka na jednym przynajmniej ze swych poziomów traktuje o porządkowaniu, które bynajmniej na zewnętrzności się nie kończy (całą książkę zamyka wers Mam puste ciało i pomysł jak je zamieszkać). Tyle, jeżeli chodzi o opis opakowania. Co w środku? Oto pisze Król na przykład:

Noc będzie pogodna, ciepła i wypracowana
przez wodę, jak mosiężna kula w zaworze.

I to jest całkiem dobra charakterystyka tego, czego po tekstach możemy się spodziewać: „wypracowania”, gładkiego utoczenia, a także pewnej dawki mroku i wilgoci, zaprzeczających sugestii, że będzie pogodnie (inny wers dopowiada w tej kwestii: A ciemność rozwija się tak pedantycznie). [...] Król nadal jednak pozostaje przede wszystkim sobą – to znaczy specjalistą od metaforycznego opisu (Brudne światło studiujące rów, brązowa woda / robiąca to samo przy studni pod opieką układu / wysokiego ciśnienia), eksploratorem przestrzeni podwórek, mieszkań i ulic. [...] Nowy motyw stanowią w tym tomiku wątki z dzieciństwa. Ubawiłem się choćby przy następującej pogróżce:

Mój tatuś cię zastrzeli, jak psa. Pogoni cię
przez sad aż stracisz oddech, upadniesz
i wybijesz sobie jedynki na najtwardszym
korzeniu. Ogryzkiem jeszcze oberwiesz.

W ogóle więcej niż w poprzednich książkach Król okazuje poczucia humoru, choćby w poniższej przeróbce szlagwortu xiędza Twardowskiego: Spieszmy się witać przyjaciół, tak rzadko / przychodzą. Jednym słowem – po raz kolejny okazuje się, że Robert Król to firma solidna i że na jego tomiki warto czekać.


MARCIN ORLIŃSKI. ZASADY PROJEKTOWANIA, ARTERIE, NR 2/2009

„Poukładałem sobie życie / w papierach. Dziwnie smakuje”, pisze Robert Król w swoim najnowszym tomie wierszy Pamięć podręczna. I kto wie, czy zacytowana fraza nie stanowi najtrafniejszej charakterystyki całej jego poezji. W przypadku twórczości Króla trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że związek między literaturą i życiem jest dogłębny, nieredukowalny, istotowy. Literatura wprowadza do życia ład, nadaje mu strukturę i pozwala je lepiej zrozumieć. Natomiast życie wprowadza do literatury nieporządek, demontuje zastane formy wyrazu i stawia pod znakiem zapytania tradycyjne wzorce liryczne. Oczywiście z powodzeniem można by również bronić tezy przeciwnej, że to literatura nosi na sobie znamię nieokreśloności, a odpowiednim dla niej probierzem jest życie, jednak u Roberta Króla owa podstawowa relacja od początku do końca pozostaje asymetryczna.
Wiersze autora Pamięci podręcznej wydają się zbyt chaotyczne, jak na literaturę, i zbyt uporządkowane, jak na życie. Porządek jest tu zaprowadzany sztucznie, za pomocą równo skrojonych strof, które przypominają blaszane pudełka na taśmie fabrycznej. Żadnej chropowatości na ułożonych równiutko tetrastychach, mimo że autor nie stosuje stałego metrum. Kolejne książki Roberta Króla wyglądają więc tak, jakby autor obserwował życie z okna pędzącego pociągu i dokładnie co pięć minut wykonywał barwną fotografię. Poeta zdaje się kolekcjonować przypadkowe obrazy, które wprawdzie dają się powiązać (ot, choćby na zasadzie następstwa czasowego lub ciągłości gramatycznej), ale ostatecznie nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego. Jakby nie było istotne, czy błona utrwali rzecz ważną czy też nic nie znaczący szczegół. I jeżeli Bogusław Kierc nazwał kiedyś ten sposób poetyzowania „orgią mówienia”, to być może miał na myśli właśnie ów natłok słów i obrazów, ten rzucający się w oczy nadmiar rzeczywistości.
Możliwe zatem, że graficzna harmonia to już nie tylko znak firmowy Roberta Króla, ale także istotne narzędzie do produkcji sensu. Te strofy są jak klocki domina, które można dowolnie przestawiać. Trudno tu o grę w dosłownym sensie, ponieważ części wiersza nie stanowią odrębnych, zamkniętych całości. Najczęściej łączy je przerzutnia, czasami pokrewieństwo znaczeniowe. A jednak perspektywa przesunięcia wydaje się bardzo kusząca. Być może chodzi właśnie o język poety, język aż do bólu miarowy, po brzegi wypełniony tysiącami mieniących się obrazów. Te obrazy naświetlają się wzajemnie, a jednocześnie wydają się całkowicie zastępowalne i niezdeterminowane.
Odnoszę wrażenie, że w tym gęstym lesie najbardziej interesujące może się więc okazać wydeptywanie własnych, niezależnych ścieżek czytelniczych. Nie próbujmy ogarnąć niezrozumiałej całości. Nie twórzmy globalnych map ani nie badajmy ukształtowania terenu. Na nic się zda wyczekiwanie z nosem przy szybie pędzącego pociągu – punkt kulminacyjny nie nastąpi, nie pojawi się puenta. Trzeba więc zaufać tropowi. Jakiemu? Dowolnemu. Należy przedrzeć się przez tekst i odnaleźć ledwie widoczne oznaczenia szlaku: współobecność mowy potocznej i języka literackiego, dowcip serwowany za pomocą przerzutni, oryginalne metody trawestacji czy niesystematyczne projekcje czasu.
Kto się wczyta w wiersze Roberta Króla, ten zauważy z jaką wprawnością posługuje się poeta zarówno współczesnym językiem potocznym, jak i polszczyzną wysoką. W Pamięci podręcznej można znaleźć sporo rzadko używanych form, niepopularne związki frazeologiczne czy jakże piękny, a zapoznany przecież, czas zaprzeszły. Współobecność różnych języków powinna zwrócić uwagę zwłaszcza tych czytelników, którzy zbyt szybko dokonują literackich klasyfikacji – u Króla awangarda zlewa się z klasycyzmem, a nad luźną i potoczną frazą czuwa dyscyplina poetyk tradycyjnych. Robert Król, podobnie zresztą jak w poprzednich tomach wierszy, bez wytchnienia cytuje, naśladuje i przetwarza, dzięki czemu jego prywatna podróż przez meandry codzienności staje się barwna, wieloznaczna i nieoczywista. Inwencji twórczej towarzyszy zresztą spore poczucie humoru. Obok zapożyczeń z wierszy Mickiewicza, Przerwy-Tetmajera czy Tkaczyszyna-Dyckiego, czytelnik odnajdzie tu wiele zabawnych przerzutni, np. „A człowiek by się napił / herbaty” (Ćma wiedeńska) czy „Bo nie staje mi / się nic na Twój widok (Szumy).
Pozostaje jeszcze kwestia tytułu. Nowy tom wierszy Roberta Króla to przede wszystkim niezwykła opowieść o czasie. Jeżeli perspektywę powtórzenia przemnożymy przez kategorię pamięci, wówczas pomiędzy wersami ujrzymy zapis myśli, która tropi własny ślad. „Gubię przez tę pamięć wszystko, / co zapiszę”, wyznaje podmiot liryczny w wierszu Ziółko. I dodaje w innym miejscu: „Zostaje tylko pamięć, że miało się coś zapisać” (Fragment Agnieszki). Tezy o pamięci, które w kilku utworach zostają wyłożone wprost, gdzie indziej obrastają pnączem lirycznym: „echo, które się ciągnie na gapę” (Ćma wiedeńska) czy „dane jest klepsydrze uchodzić bez piasku” (Weimar). Pisanie oznacza wydobywanie z pamięci. A pamięć wciąż poetę zawodzi i zwodzi. I zamiast uobecniać minione zdarzenia – zasłania je, zastępuje nic nie znaczącym skrótem lub przypisem.
Projekt, który proponuje nam Robert Król, nie mieści się w dotychczasowych schematach i szablonach lirycznych, a kolejni recenzenci zastanawiają się, jak nazwać tego rodzaju literaturę. Być może problem polega na tym, że w ostatnich latach nie pojawił się w obiegu żaden nowy słownik, który pozwoliłby opisać różnorodność polskiej poezji ponowoczesnej. Skoro dawno już zgodziliśmy się na obecność języków społeczno-środowiskowych w poezji, skoro przyjęliśmy do wiadomości bankructwo instytucji narracji, skoro naocznie przekonaliśmy się o braku semantycznych hierarchii, po cóż mnożyć kolejne bajki o hipertekście, niezrozumiałości i śmierci? Trzeba dokonać nowych rozpoznań w obrębie ponowoczesnego wiersza. Być może dzięki temu nie tylko uda się docenić wagę niewidocznych jeszcze różnic, ale także stworzyć rzetelną mapę polskiego palimpsestu lirycznego. Być może pękną wtedy takie sztywne pojęcia, jak futuryzm, dadaizm, modernizm, lingwizm, o’haryzm, klasycyzm czy barbaryzm, a nowy przekrój zdradzi zupełnie inne wektory oddziaływań niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Właśnie tego przy okazji lektury wierszy Roberta Króla życzę krytyce literackiej w drugiej dekadzie XXI wieku.


PAWEŁ LEKSZYCKI; CZY ROBERT KRÓL MA SŁABĄ PAMIĘĆ, ARTPAPIER.COM

1. Zdolność do rejestrowania i ponownego przywoływania wrażeń zmysłowych, skojarzeń czy informacji nazywamy pamięcią. Pamięć posiadają ludzie, niektóre zwierzęta oraz komputery. W każdym z tych przypadków proces zapamiętywania ma całkowicie inne podłoże fizyczne oraz podlega badaniom naukowym w oparciu o różne zestawy pojęć.
2. Rzeczy osobiste spakowane do walizek, kufrów, plecaków itp., przeznaczone do przewożenia środkami transportu nazywamy bagażem. W znaczeniu przenośnym bagaż możemy rozumieć także jako doświadczenia czy wspomnienia gromadzone w czasie życia. W zdaniu: „ta książka prezentuje pewien bagaż doświadczeń jej autora” wykorzystaliśmy właśnie owo przenośnie znaczenie „bagażu”.
Nieco inną rzeczą jest mówienie o bagażu podręcznym. Jego wymiary, kształt, opakowanie i zawartość określają zazwyczaj odrębne przepisy ustanawiane przez konkretnych przewoźników. Dotyczy to zwłaszcza linii lotniczych. Z doświadczenia wiemy bowiem, że zawartość podręcznego bagażu może być niebezpieczna i służyć celom powszechnie uznawanym za niegodne.
3. „Pamięć podręczna” Roberta Króla to druga książka trzeciej serii poetyckiej „Ha!artu”, a czwarta w dorobku pisarskim autora. Ukazała się w roku 2009 i jest bardzo pojemna – zawiera 63 wiersze. Wszystkim, którzy mają problem z zapamiętaniem liczb, polecam artykuł Margit Kossobudzkiej: „Jak poprawić pamięć?”. Artykuł, jeśli dobrze pamiętam, znaleźć można na stronach internetowych Gazety.pl. Dokładnego adresu nie przypomnę sobie niestety.
Kilka informacji i porad, których udziela autorka, można sobie przyswoić przed czytaniem najnowszego zbioru wierszy Króla. Nawiążę do nich później. Po pierwsze, to z leada do tekstu Kossobudzkiej, „przed wkuwaniem do egzaminu warto łykać tabletki z szałwii i dobrze się wyspać”. Po drugie, jeśli naprawdę zależy nam na tym, aby coś zapamiętać, należy wprowadzić się w stan lekkiego pobudzenia. Lepiej bowiem zapamiętujemy fakty i wydarzenia na tle strachu czy radości. Po trzecie: łatwiej od czarno-białych przyswajamy obrazy kolorowe. Jednak barwy jaskrawe i nienaturalne nie sprzyjają zapamiętywaniu. Dobrze jest, by w ćwiczeniach pamięci posługiwać się obrazkami, których kolorystyka utrzymana jest w tonacji naturalnej. Psycholodzy zalecają także, a to już czwarte „przykazanie”, by zapamiętywane słowo z czymś kojarzyć, warto także – po piąte – uruchomić zmysły i wyobraźnię. Przykład lipy jest tu znamienny, jeśli bowiem w zapamiętywaniu tejże utrwalimy sobie jej kształt i zapach, trudniej będzie nam o niej i ją samą zapomnieć. Najnowsze badania pokazują, po szóste, że nikotyna także ma niebagatelny wpływ na poprawienie pamięci – wzmacnia połączenia między komórkami nerwowymi w tej części mózgu, która odpowiedzialna jest za pamięć krótkotrwałą. Docenić warto też kofeinę – w tym samym punkcie, a sen dla zapamiętywania jest jak komenda „Zapisz” w edytorach tekstu.
3. Czy „Pamięć podręczna” Roberta Króla podlega badaniom naukowym w oparciu o inne zestawy pojęć? Nie bądźmy o tym jednoznacznie przekonani. Na skrzydle okładki najnowszego zbioru wierszy autora „Lidy” znajdziemy słowa, które rzucą nikłe światło na świat tych utworów: „3 maja, Siewna, Zbrojów, Włodkowica, Lipska i Gurgacza, to nazwy ulic, a zarazem lokalizacje sześciu krakowskich mieszkań, w których na przestrzeni kilku lat powstawały teksty pomieszczone w książce. Nie ulega żadnym wątpliwościom, że zbiór stanowi wydajne źródło odwołań do tego, co przeszłe, jednak nie do końca minione, bo przechowane w pojemnej formie”. Pojemność „Pamięci podręcznej” jest – po prawdzie – imponująca. Pamięć, odnoszącą się do własnej przeszłości, nazywamy autobiograficzną, a taka ma charakter deklaratywny, co oznacza, że wspomnienia w niej zawarte zapisujemy w postaci konkretnych lub abstrakcyjnych informacji angażujących język.
Wyniki badań, do których odwołuję się tutaj pośrednio (moją pamięcią podręczną jest Internet, w tym Wikipedia i tekst Margit Kossobudzkiej), wskazują, że osoby twórcze mają często słabą pamięć, ale dużo skojarzeń. Jest to kompromis pomiędzy dokładnym zapamiętywaniem faktów, a zdolnością do ich wykorzystywania i uogólniania. Nie jest mi wiadomym, czy Robert Król ma słabą pamięć. „Pamięć podręczna” Króla należy jednak do książek, do których epitet „słaba” ma się nijak, po prostu nie przylega. Zaangażowany w nią język jest wartki i potoczysty. Podczas lektury tego zbioru poddaję się z prawdziwą przyjemnością jego nurtowi, jego gawędziarskiemu rozpasaniu, którego tętno umiejętnie reguluje doświadczony pilot, który zwiększa lub zmniejsza pułap, by ciekawie i intrygująco opowiedzieć historie, by je dobrze utrwalić w pamięci. Wprowadza mnie zatem Król w stan pobudzenia, na tle radości bądź smutków licznych bohaterów (Chodkowscy, Skalscy, Janigowie, Jacek, Ania, Mateusz, Marcin, Tadeusz i inni) łatwiej bowiem zapamiętać wydarzenia i sceny, obrazy utrzymane w naturalnych, nieprzejaskrawionych barwach, w naturalnych sceneriach: „Wracam tego świtu z cudzego domostwa. / Na Florydzie szaleje Katrina w trenach / z połamanych desek, w obręczach popiołu, / w błyskawicznych bielach. A tutaj spokój, // jakby się kto żegnał z taksówką na dworcu. / Jest św. Józef, niczyj krzyk, Zosin szept. / W parterowych domkach spuszczają wodę, łazienka po łazience odzywa się spłuczkami […]”. Pozwalam się ponieść tym historiom i nie przeszkadza mi to, że nie są moje.
Jeśli chodzi o wyobraźnię i zmysły, których uruchomienie usprawnia zapamiętywanie, odwołajmy się do wiersza: „Wtedy tęsknimy”. „Wszystko jest spisane” – przeczytamy najpierw. Potem podlegamy procesowi tęsknoty, w który wprowadza nas przygaszone światło i „muzyka na światowym poziomie” w tle. W opisie przywołanego wspomnienia ważną rolę odegra synestezja, będąca charakterystyczną cechą frazy Króla: „Wymieniając / uwagi o nawilgłych lasach, w których purchawki / rechoczą z każdym nieuważnym krokiem dzieci, z koszami podgrzybków i malin. Borówek tego / roku nie było […]”. W „Pamiątce na całe życie” znajdziemy znowu opis, w którym łączą się zmysły: węchu, dotyku i wzroku: „Krótkotrwałe zapachy Nowej / Zelandii w mieszkaniu, żywica skapująca ze ścian, / z mebli, plejady drzewek w salonie”. Król skrupulatnie i z dużym wyczuciem surfuje po grzywie spienionej przeszłości, bo wie, że „prawdopodobieństwo ponownego użycia jej zasobów w przyszłości jest dosyć wysokie i może ujawnić obecność całkiem nowych, nieuświadomionych wcześniej przyjemności, ponieważ pewne dane, utrwalone w druku okazują się zauważalne i przydatne dopiero po upływie czasu.” Stąd wrażliwość na detal, skupienie na wielorakości, czułość i słuch.
Papierosy i kawę polecam dorosłym czytelnikom, którzy lubią papierosy i kawę. Niewątpliwie podczas lektury „Pamięci podręcznej” nam nie zaszkodzi ni nikotyna, ni mała czarna. Nie sądzę wszak, by ktoś chciał się uczyć tych wierszy na pamięć, ale w ogarnięciu i spamiętaniu zdarzeń tego zbioru i przy dygresyjności serwowanej w utworach autora „Habitatu” – jak dowodzą badania – papierosy i kawa nam, palaczom – kawoszom, mogą okazać się jakoś pomocne.
5. I jeszcze, na marginesie przypisku do Króla, przypomnijmy arkusz Grzegorza Olszańskiego: „Recytacje z pamięci”. Sprawa to nie bardzo odległa, ale zakurzona nieco, warta więc odświeżenia. Pamiętam, z jaką radością pochylałem się nad pomieszczonymi w tym ulotnym zbiorku wierszami, w których żywioł potoczności współgrał z rewelatorskim podejściem do języka, gdzie skrzący dowcip wtórował opisom, czasem traumatycznych, przeżyć. Szorstkości opisu i zgrywy, w okrasie których Olszański powierzał własne doświadczenia czytelnikowi, nie znajdziemy u Króla. Nie jest to bynajmniej zarzut wobec któregokolwiek z nich. Król, jestem o tym przekonany, wytycza własną ścieżkę, na tyle już rozpoznawalną, by nie mylić go z nikim innym. By móc go odróżnić, na przykład, od Andrzeja Sosnowskiego, którego poetyka patronowała młodemu poecie (wtedy mieszkającemu jeszcze w Jaśle) w debiutanckich „Gatunkach śniegu*”. W tym punkcie krakowski poeta wybił się na niepodległość, a wykrzyknienie Karola Maliszewskiego: „Jest poeta!” nabiera nowego znaczenia.
6. W drugim akapicie części czwartej użyłem figury pilota w kontekście tego, co napisałem we wstępie (o tytule i bagażu podręcznym). Ale technikę obrazowania autora „Pamięci podręcznej” oddają raczej wersy z „Dembitzera”: „[…] chciałoby się być częściej jak kamera na szynach, / która ustala fabułę, czas i przestrzeń. / Dlatego to robiłem najazdy i odjazdy, / przez co obalałem szczegóły, wtapiając / spowolniały obiekt w poruszone tło. / A dziecko tkwiło w kadrze, eliptycznie. / Potem stop i cięcie. Przeskok w lepsze / ujęcie. Szybka panorama, więc zasady / prezentowania, czyli opisu. Travelling, / long-take i licha przebitka. Przenikanie / i brak synchronu. Spojrzenia z wysoka, / z niska, ukośne albo frontalne, urywane, / przemienne. Na sam koniec koniecznie / z pozycji głównego bohatera, który coś / mówi do siebie i klnie tak, że widownia, / zapada się w fotelach […]”. Otóż, wynika z tego, poeta jest tutaj trochę jak reżyser albo scenarzysta. Odbiorca zaś zaczyna być widzem. Tymczasem oglądanie zbyt dużej ilości filmów (zapamiętywanie obrazów wymaga szczególnie dużo zmian w mózgu) kończy się często „rozwodnieniem pamięci", przypominamy sobie pojedyncze sceny i mglisto historię, ale nie sam film. Wierzę, że książka Króla oprze się próbie czasu i pamięci.
7. „Pamięć podręczna” Roberta Króla niegodnym celom nie służy. Wzbogacenie o nią podręcznej biblioteczki uważam zatem za wskazane. Robert Król „pamięć podręczna”. Korporacja Ha!art, Kraków 2009.


KAROL MALISZEWSKI; PO DEBIUCIE, WROCŁAW 2008, BIUROLITERACKIE.PL

(...) Mówię o Królu. Jego wiersz jak bardzo mocno spakowany plik. Próbujesz tak i owak, a on ciągle nierozpakowany. Maciek Melecki próbował ugryźć, Bronisław Maj, potem Boguś Kierc. Bardzo mądre zdania padły przy okazji. Czytam z okładki, ale ja to muszę zrozumieć sam, inaczej rzecz pójdzie na straty. Najbardziej boję się, że oto nadszedł kres mojej inwencji interpretatora. S T A R O Ś Ć? Zestarzeć się przy takich wierszach, przy takich poetach? Czemu nie. Trudno wręcz zliczyć wszystkie mikrozdarzenia wypełniające poszczególne sonety, te wszystkie migawki, urywki większej całości. Tą większą całością jest rzeczywistość. Ale bardzo często jest ona przysłonięta ruchliwością języka, gotowością prokurowania przezeń znaczeniowych niespodzianek. Chcę przez to powiedzieć, że sam język staje się treścią, że mówi się o nim i jednocześnie używa. Stąd poczucie podwójności tego świata, sprzeczanie się tego, co nazywa się bezpośredniością z tym czymś, co nazywa się lingwistyczną mglistością - chwilowym zamazywaniem obrazu świata, skupieniem się na językowych grach.
A więc mamy opowieść o świecie dublowaną przez opowieść o języku. Być może jest to definicja poezji w ogóle. I ktoś powie, że ten "lingwizujący" (warszawski) odłam poezji roczników 70-tych niczego nie wnosi. Moim zdaniem, jednak wnosi. Choćby poprzez wpływ na poetów spoza Warszawy (takich jak Robert Król z Jasła) nasiąkających przecież pewnym stylem, poetycko wyostrzonym krytycyzmem wobec języka. Wiersze Króla zaskakują sposobem widzenia: jego obrazowanie opierające się na metaforze i semantycznych przekształceniach frazeologizmów i powiedzonek wydaje się bardzo odkrywcze. Dobrze nam znany świat podaje się w nowym, przyjemnie szeleszczącym opakowaniu. Bo wiersz Króla także brzmi. Melodii obrazów, trzaskaniu migawki odpowiadają dobrze ułożone sekwencje foniczne. I wprawdzie melodia głosek jest nieco gardłowa, a rytm szarpany, ale świetnie uzupełniają całość używanych środków wyrazu.
I tak dochodzimy do następnej cechy nowych wierszy Króla. Powstały w przypływie szczególnych sił twórczych, wydają się skończone, lekkie, doskonałe. Czyta się je z niejakim oporem materii, wymagają wytężonego skupienia, ale czyta się z dużą satysfakcją. Ostatnio taką radość odczuwałem, obcując z sonetami Tomasza Różyckiego. Teraz mam przed sobą sonety Króla. Czy to objaw jakiejś sonetomanii? (No i jeszcze prawie sonety Mariusza Grzebalskiego w tomiku Słynne i świetne) Wydało mi się przy okazji, że reprezentacyjne dla pewnej tendencji pokolenia wiersze Różyckiego uciekają w oniryczne zaświaty, zaś wiersze Króla chcąc opisać ten świat, uciekają z kolei w lingwistyczne szyfry.
Nie jestem zwolennikiem dosłowności, ale zaczynam się w tej chwili zastanawiać nad jakąś drogą pośrednią... Być może Lida Roberta Króla jest próbą stworzenia własnego obrazowania, które podejrzewane w pierwszej chwili o hermetyzm, lingwizm czy oniryzm, po dalszej lekturze przekonuje do siebie, pociąga i pozostawia wrażenie nowości, inności. Skoro już nie hermetyzm, nie lingwizm, nie oniryzm, to co? Na razie szukam słowa.


MAŁGORZATA RYGIELSKA; LANGUAGE IN DRIFT?, [STUDIUM, NR 3-4 2003]

[...] Trudno by mi było jednak, pomimo tych wszystkich spostrzeżeń, „uwierzyć w syntaksę, której amplituda równa jest zeru”, (I. Stokfiszewski, na ostatniej stronie okładki Gatunków śniegu). Nie wiem, może się mylę, ale nawet w warstwie fonicznej zauważam nie znoszenie się, lecz nadmiar właśnie, powtarzanie, naddawanie. By nie być gołosłowną proponuję kilka, wybranych niemal po omacku, przykładów: i dać upust, wcisnąć spust, (Zanik), Sodoma i komora (Sprawa, zlewa), (...) pod jawną przykrywką / lub płaszczykiem (Razem wzięci). Oczywiście pojawiają się tu łączące wyrazy odbicia, ale nie są one lustrzane, oparte na opozycji (np. twardość / miękkość, dźwięczność / bezdźwięczność), nie prowadzą, do „redukcji materii fonicznej” [nawet w takim jak ten fragmencie: Chyba raczej tkanka: / porządku, obrządku? Jeszcze zobaczysz, rozerwiesz (Rozerwiesz)].
Łatwiej znaleźć odpowiednie zjawiska na poziomie leksykalnym, np.: Lub tylko wątki wtórne, skonsumowane po dwakroć. (Siedem trójek). Ale znowu składnia, jakkolwiek trafne są obserwacje „że furtki tych zdań nachodzących na siebie przymknąć mógłby jeden oddech recytatora”, powiela raczej (i nakłada), niż wymazuje. Do „cyklicznej anulacji terminów parami, ich likwidacji poprzez cykl powtórnego dublowania” (J. Baudrillard), jak mi się wydaje, Gatunkom śniegu jeszcze daleko. Piszę jednak o tych drobnych skądinąd wątpliwościach, ponieważ z niecierpliwością czekam na kolejny tomik Króla. Nie wiem, jaką podąży drogą, ale chciałabym powiedzieć już z całkowitą pewnością: „Poeta nie musi być akrobatą. Wystarczy by uczynił swą osobowość odczuwalną jako obecność.” (E. Sapir).


ROMAN HONET O GATUNKACH ŚNIEGU, BIUROLITERACKIE.PL

Robert Król w debiutanckim tomie sprawia wrażenie oszołomionego wykonywaniem albo samą możliwością wykonywania ewentualnie obserwowania tysięcy czynności drugorzędnych; przedstawione w wierszach mogłyby mieć na celu uzyskanie komplementu od przyjaciela albo oczarowanie czytelnika, nie mogę długo zatrzymywać się przed stwierdzeniem, że chodzi o czytelnika niewprawnego - tego jest prościej olśnić, zaczarować, niż skłonić do myślenia. "niejasne / manewry. Niepełne stosunki", "nagłe fortele" - Robert Król zapisuje mnóstwo fraz tego typu, zgrabnych i abstrakcyjnych, stawia pytania błyskotliwe, ale puste, pasujące wszędzie i nigdzie: "Może / się tak okopać, dać uwieść / pozorom?" Dobrze, super, ale jakim pozorom? - miałbym ochotę odpowiedzieć pytaniem - to przez brak informacji o samym temacie rozmowy oraz dlatego, żeby dowiedzieć się, czy rozmawiamy w taksówce, palarni haszyszu, czy na pogrzebie.
Szczęśliwie owe papierowe popisy, erudycyjne dreszcze, zmieniają się w odczucia indywidualne, Król dociera do siebie, naddatek wiedzy i lektur opada i ukazuje go w pełni jego suwerenności, czasem - po odrzuceniu tego automatycznego szafażu słów - nieoczekiwanie bezbronnego: "I ty, mały / złośliwcu, też tam będziesz sterczał / nago z topniejącym soplem w ręku. ścięta / mrozem kałuża zwiąże ci stopy. Może / zdążysz ochłonąć, niż znów śnieg uderzy".
Żródło zagrożenia byłoby tu doszczętnie zewnętrzne, nie miałoby nic wspólnego z językiem, jego możliwościami, ograniczeniami i upojeniem się nimi. Do mnie to przemawia. "Szukam tezy, aby mógł wypełnić się mit" czy "skośnoocy w uściskach, szukający kontaktu" - w zapisach tego rodzaju pojawia się zagubienie autentyczne, obserwacja własna, wręcz namacalna niczym blizna na własnej twarzy. Czasem widzimy ją w szerszym wymiarze: "życie [...] rozchodzące się leniwie na boki" - czytamy i wtedy widać, że ten brak kontroli nad rozchełstaniem świata jest boleśniejszy, a samo życie - twardsze i prawdziwsze niż żonglowanie biblioteką osobistą, że tak to ujmę. Robert Król potrafi pisać zmysłowo i plastycznie, jak gdyby otaczającą go rzeczywistość uchwycił jako wymiar wszystkożerny, pochłaniający: "Ptak wessany pod obłok jeszcze się szamocze". Piękne obrazy, a przede wszystkim osobisty pomysł i technika. Oczywiście można odczytać Gatunki śniegu w odmienny sposób. Tak żeby zachowując atuty tej liryki, równocześnie nie piętnować tego, co mi osobiście doskwierało w lekturze. Mam tu na myśli sympatyczną towarzyszkę poezji, ironię - to jest ta pani, co to na skinienie przychodzi i czasem zastępuje straż pożarną. Liryczna markietanka. "Ironia // rzeczy łatwych" - jak zapisuje sam autor.
Może to właśnie w jej obecności należy odczytywać owe "lekkie projekcje", może cała ta machina niemal bezselektywnego obserwowania i stawiania pytań została uruchomiona właśnie po to, żeby "utknąć w przepychu słowa". Zapewne można i tak. Zapewne Robert Król świadomie założył, że pisze "Przekłady melodyjek na język wtórny", choć ja go wolę - i to mi się w Gatunkach śniegu szczególnie podoba - tam, gdzie "znajduje wolne miejsca w nieforemnym / kręgu". Wolę go tam, gdzie ta ironia okazała się dla niego zbyt mała, niewystarczająca - i wobec świata, i dla niego samego.


PAWEŁ KOZIOŁ; WYMRZECIE

Ta gwiazdka to nie odsyłacz, mimo że pod koniec tekstu wykorzystam ją właśnie w tym charakterze. Ponieważ autora oceniam jako bardzo sprytnego, mogę przypuszczać, że przewidział i takie zastosowanie tego pozornie niewinnego znaku graficznego, ewokującego równie niewinną biel śniegowego kryształka, a więc – że liczył się również z możliwością jej bardzo tendencyjnego wykorzystania. Złośliwy pojedynek na przypisy, toczony na (dolnym) marginesie śmiertelnie poważnych prac naukowych, jest wszak uświęconym uniwersyteckim rytuałem, do którego bardzo chętnie się w tej chwili odwołam. Po kolei jednak... W zgodzie ze schematem, jaki postanowiłem przyjąć, najpierw założenia.
Otóż założyliśmy sobie tu w Warszawie (choć wszyscyśmy skądinąd – a jeśli nawet nie, to już w pierwszym numerze i tak grożą nam zesłaniem do Krynek) pismo „Lite Racje” oraz dumną nazwę „krytyka anamorficzna”. Aby wypełnić ją treścią, spróbuję tekstu, który na waszych oczach przekształci się optycznie z recenzji w metakrytyczny esej. Wiersze Króla otwierały mi się bardzo powoli. Pierwszego kontaktu nie było: na tekstylnym festiwalu literackim w Krakowie po wierszach dwójki czy trójki poprzedzających go autorów zostało mi bardzo ironiczne nastawienie.
Zwłaszcza informatyk Czerski zaprogramował mnie na niechęć i złośliwe komentarze. Układałem w głowie rodzaj krytyki w formie listu otwartego: Piotrze, łotrze, ty jesteś w gruncie rzeczy poetą amatorem, a ja kiedyś po amatorsku programowałem. Z pewnością wyśmiałbyś mój kod źródłowy, jak również sam fakt generowania go na niebieskim ekranie w Turbo Pascalu. Przyjmij do wiadomości, że twoje wiersze dają się wyśmiać na podobnej zasadzie. W takim stanie ducha o Robercie zdążyłem pomyśleć tylko tyle, że w jego wierszach nie ma punktu zaczepienia do podobnej zaczepki.
Pierwszej, szybkiej i – co tu ukrywać – knajpianej lekturze pożyczonego egzemplarza towarzyszyła mieszanka szacunku i nieufności. Ciągi słów, których efektowności nie dowierzałem, otworzyły mi się w dwóch albo trzech miejscach w wiarygodne anegdoty, statusu reszty tekstów nie byłem pewny. Ostatecznie książka została przeze mnie uprowadzona na czas dłuższy i umieszczona na półce z recenzenckimi falstartami. Głównie dlatego, że gatunki śniegu* mają bardzo ładny spis treści (...)


JAKUB WINIARSKI; TEN RODZAJ POEZJI ("LIDA"), NIESZUFLADA.PL

Między dwoma rodzajami poezji, między mową wiązaną w bardzo zrozumiałe zdania, w których "tak" znaczy "tak, a "nie" znaczy "nie" i między jej przeciwstawnym biegunem - bełkotem - znajduje się spory kawał prze- strzeni, w której autorzy posługują się mową wiązaną trochę jakby pozornie, trochę jakby bez przekonania i może nawet nie do końca jasne, dlaczego i po co. W tej przestrzeni znajduje się - według mojego rozeznania - większość wierszy pisanych od czasu, kiedy pisanie wierszy stało się zajęciem popu- larnym. Czyli od zawsze.
Takie myśli przyszły mi do głowy po lekturze "Lidy" Roberta Króla, ale... "Lida" to nie jest zła książka. Nagrodzona w konkursie "Tyskiej Zimy Poetyckiej" po debiucie, doceniona przez Bogusława Kierca, Bronisława Maja i Macieja Meleckiego, w lekturze robiąca wrażenie tak zwanej sprawnej roboty poetyckiej, ma "Lida" wiele zalet i może się podobać. A jednak nie jestem do tej publikacji przekonany w całości, czegoś, jak dla mnie, jest w tej książce za dużo i czegoś - trochę za mało. Bogusław Kierc napisał o wierszach Króla: "Orgia mówienia. To, co jest, mówi się. I to, czego nie ma, się mówi. Wmawianie widoków. Widzenie, jak się wmawiają w życie.
Słyszenie, jak to żyje. Z niesamowitą swadą. Z imponującą brawurą." Może to prawda, może Kierc ma sto procent racji, a ja szukam dziury w całym, czytając "Lidę" i grymasząc. A grymaszę, bo dla mnie za dużo jest tu tej "orgii mówienia", za dużo - moim zdaniem - nie służącej do niczego zabawy w tak zwane poetyckie obrazowanie i za mało Roberta Króla, tego Roberta Króla, który potrafi pisać bardzo udane wiersze. Mam ochotę napisać Królowi jego własnymi słowami z wiersza "Do skutku": "Pójdźmy jeszcze dalej. W opary manier, w ich / przepyszny odór. Nie to, żebym w kółko chodził / i zbędnie upraszczał, lecz lotkę już wziąłeś za / tępawy łepek. Więc rzuć." Bo nie chciałbym kiedykolwiek musieć zacytować Królowi innego jego zdania z "Do skutku": "Wywlekasz grudki odchodów na widok." Tyle zastrzeżeń.
Reszta to pochwały. "Lida", szczególnie w głośnym czytaniu, ujawnia, jak wiele jej autor ma poczucia humoru i daje obraz nieprzeciętnych zdolności parodystycznych i naśladowczych Króla, który bawi się poetyką znaną z wierszy wielu poetów śląskich (takich jak Melecki i Siwczyk) z równą łatwością, co poetyką tak zwanych "wizjonerów" (jak Honet, Kobierski, czy Różycki). A w tych miejscach, gdzie oprócz sprawności językowej i poczucia humoru daje się słyszeć w wierszach Króla - Króla - no, to już jest dla czytelnika iście królewska uczta.


JAKUB WINIARSKI; POMOST ("HABITAT"), NIESZUFLADA.PL

Już miałem napisać o tym, jak rozwija się, czy też, półżartem mówiąc, deformuje liryka Roberta Króla po "Lidzie", już miałem wdać się w krótkie rozważania nad postępem w zdobywaniu poetyckich szlifów (lub regresem) w twórczości Króla, gdy nagle z noty Igora Stokfiszewskiego na okładce "Habitatu" zamieszczonej, dowiedziałem się, że książka, którą trzymam w ręce, powstała wcześniej niż "Lida" i jest "pomostem, który łączy pierwsze próby odpowiedzi na pytanie, czy można wydobyć liryczny sens bez zapośredniczania tekstu w innych tekstach, a wierszami, drążącymi dziury w rzeczywistości za pomocą nawiązań, intertekstualnej gry."
Nie da rady, nie napiszę więc, czy Robert Król od czasu wydania "Lidy" (o której już tutaj pisałem) wzmocnił swój poetycki głos, czy osłabił. Mogę jedynie skomentować własną lekturę tych wierszy, które choć ponoć wczesne, wyglądają na dosyć dojrzałe. Mogę tylko zapytać na koniec, czy warto było tę książkę, mimo jej "przenoszenia" wydawać. Z miejsca stwierdzam, co dla nikogo, kto czytał wiersze Roberta Króla nie powinno być żadnym zaskoczeniem, że doceniam warsztat Roberta Króla i jego wyczucie tego, czym jest i czym powinna być tak zwana liryka nowoczesna.
Robert Król wie dobrze, czym jest i czym powinna być liryka nowoczesna i maniakalnie stosuje się do zdobyczy tej wiedzy, nawet jeśli dla jego własnego poetyckiego talentu i jego rozwoju dobrze by czasem było, żeby tej wiedzy odpuścił. Ale nie, on wie - i stosuje swoją wiedze w praktyce. Stąd może w lekturze "Habitatu" moje wrażenie pewnej wtórności wobec głosów tych poetów, którzy za rzeczników nowego uznani zostali powszechnie. Nie przeszkadza to jednak w uznaniu Króla godnym ich kontynuatorem i naśladowcą zręcznym, co nie ma być z mojej strony złośliwością, tylko stwierdzeniem faktu. Robert Król zapośrednicza swoja poetykę u Ashbery'ego, Sosnowskiego, Pióry czy Niewiadomskiego, ale Robert Król robi to tylko po to, jak myślę, by pokazać, że i on tak potrafi. A potrafi faktycznie, sprawności nie sposób mu odmówić.
Jak też nie sposób nie zauważyć, że może najlepszy jest tam, gdzie tekstura tego tak zwanego ponowoczesnego wiersza wymyka mu się na moment z rąk i wychodzi spod niej tekst inny, mniej ponowoczesny, a bardziej przez to może - do głosu i osobowości lirycznej samego Roberta Króla podobny. Mam tu na myśli te wszystkie fragmenty, te wiersze z "Habitatu", gdzie mimo usilnych prób rozmy- cia wszystkiego w rytmie i obrazach płynnie po sobie następujących i luźno tylko powiązanych, mimo wszystko jakiś Król pojawia się: wesoły lub nieszczęśliwy, ironiczny lub melancholijny; jaki bądź, ale ludzki i nieco bardziej osobny i pojedynczy. A nie taki, jak gdyby - nie własny i za szybą podsłuchanych głosów. Nigdzie w tym tomie - wolno tak chyba powiedzieć - nie jest Robert Król całkowicie wolny od wpływu. Ale w niektórych miejscach nie widać po nim lęku przed tymi wpływami - i wtedy jest wcale ciekawy (...)


PAWEŁ MAJERSKI; KONFRONTACJA

Ten krój wiersza, ta dykcja, tok narracyjnej ewokacji, wszechobecna przerzutnia... Wszystko jakby dobrze znajome (zwyczajne?), rzec można: w ostatniej dekadzie skutecznie „oswojone” przez legion młodszych i starszych poetów. A jednak, coś „zgrzyta” w wierszach Roberta Króla, coś niepokoi i intryguje. Skoro tak się dzieje, warto przy okazji debiutu – co zobowiązuje zarówno czytelnika, jak i autora – wytężyć wzrok, nadstawić ucho. Poważnie i ironicznie, zwyczajnie i niekonwencjonalnie, raczej – racjonalnie... „Mam jeszcze oko i podręczny zestaw szkiełek” – czytamy w jednym z tekstów, a dalej: „nie / ma to, jak sprawne oko czy ucho, albo wręcz widzące i słyszące / w jednym”.
Tak, Robert Król pojawia się z kilkoma wierszami – by tak rzec – „konfrontacyjnymi”, konsekwentnie i uważnie kontrolowanymi. W takim modelu lirycznym nie ma miejsca – jak powiedzieliby ekspresjoniści – na „krzyk i ekstazę”, tudzież grę imagina- cyjnych asocjacji. Górę bierze tok wynikania, zasada ewokacji, która powoduje, iż kolejne zdania – w ramach wiersza w sposób konieczny – same się „generują”. A wspomniana konsekwencja wywołuje ostatecznie reakcję łańcucho- wą: te wiersze potrzebują swego sąsiedztwa, ba – wymagają kontynuacji. Co dziś nie dziwi: utwór może się rozpocząć „nagle” (w Kolejnym pułapie ciepła: „Albo taki spektakl w migawkowych odsłonach...)”; ale też puentująca metafora zapowie dialog z wersami innego tekstu. By to zweryfikować, potrzeba jednak materiału obszerniejszego. Wspomniany układ (systemowy, kompozycyjny) nasycony jest rytmem powtórzeń. „Nieforemny okręg”, „dwukrotnie obrócony”, „odnajdywać i zacierać w podobny sposób”, „raz jeszcze wpisze na minus” – nie mnożę wyrwanych z wierszy przykładów.
Poezja Króla wykorzystuje elementy trudnej gry w metaforyzowane hipotezy – hipotezy i hipostazy, które miałyby zbliżyć do odkrycia reguł i planu (czyżby więc porządku?) naszej obecności. Dlatego tekst codzienności i tekst o codzienności, doznany i wkomponowany w materiał poetycki („milczenie funkcjonuje u nas znacznie lepiej, / odkąd mogę się posługiwać ciałem tej nieskazitelnej formy”), postrzega autor w swoiście pojętych formach mitu. Wobec tego usiłuje skupić się (i tą drogą zapewne podąży) na drobnych przesunięciach znaczeń, które przeobrażają wymiar sensu rejestrowanych zdarzeń.
Cóż, wciąż chcemy dostrzec i zrozumieć to, co znalazło się u podstaw „wyjęzyczeń” tego najwspanialszego ze światów. W podobnych momentach najłatwiej formułować pytania w rodzaju: czy Robert Król nie wypali się rychło na zagospodarowanych, „sąsiedzkich” terytoriach poezji młodych?
Poczekajmy. Niniejsza autoprezentacja, uświadomiwszy niebezpieczeństwa konwencji i pewne możliwości „konfrontacyjnego” przełamywania schematów, zwraca uwagę.


WOJCIECH GIEDRYS; JUŻ NIEDŁUGO ZACZNIE SIĘ JEGO KRÓLOWANIE

Studentom polonistyki tytuł debiutanckiego tomu gatunki śniegu* Roberta Króla może kojarzyć się tylko i wyłącznie z zajęciami z językoznawstwa. Zawsze musiał nastąpić moment, kiedy wykładowca, a zdarzało się to najczęściej już na pierwszych zajęciach, wskazywał na to, iż na język oddziaływa przestrzeń, w której się żyje, tzn. język dopasowuje się do miejsca. Koronnym przykładem zawsze były gatunki śniegu, to, ile ro- dzajów śniegu zdolni są nazwać użytkownicy języka polskiego, a ile – Eskimosi.
Rachunek był prosty, i gdyby rozpatrywać ten problem w kategoriach kibiców piłki nożnej (choć raczej pasowałby tu hokej), zawsze musieliśmy uznawać wyższość naszych przeciwników, którzy gromili nas aż 15 do 5. Króla jednak widziałbym po zwycięskiej stronie, choć śnieg pojawia się tu tylko kilka razy, a o tytułowych gatunkach wspomina się tylko raz, w wierszu zamykającym tom, pt. Wiszący. Stwarza on bowiem świat od nowa, powołuje do życia coś zupełnie innego, swojego. Poeta z Jasła próbuje nazwać to, co go otacza i co poznaje zmysłami - w wyjątkowy sposób, jakby na nowo, spoglądając na wszystko z wielu różnych perspektyw. Przy tym udowadnia, iż dysponuje naprawdę rozbudowanym słownikiem i widzi więcej lub po prostu inaczej. Przedstawiając świat odsłania przed czytelnikiem swoje jego postrzeganie, odczuwanie, czy też jego wizję lub interpretację.
Najlepsze zdecydowanie w całej książce są opisy. W większości przypadków można mówić o poetyce konceptu, Król bowiem próbuje, szkicując jakiś obraz, zwrócić na niego uwagę poprzez swoje niecodzienne pomysły i niepowtarzalne połączenia wyrazowe. W Leżącym, wierszu rozpoczynającym tom, bohater liryczny, który się „rozpada na boku” porównany jest do lusterka „kałuży pod mściwym obcasem” (...) Królowi, jak każdemu debiutantowi, zdarzają się wiersze lepsze i gorsze. I mimo iż widać, że musiał się on namęczyć przy poprawianiu tych wierszy, poprawianiu, któremu z pewnością towarzyszyło bezustanne skreślanie, czyli dążenie do formy jak najbardziej skromnej i zwartej, w wielu przypadkach posunął się do zbyt dużych uproszczeń.
Niestety książka ta to typowy debiut, tematów jest tu prawie tyle, co wierszy. Jednak już teraz można powiedzieć, że poecie udało się wypracować swój niepowtarzalny i rozpoznawalny styl. A sztuka ta udaje się niewielu debiutantom. Podsumowując, nie wystarczy w przypadku Króla przytoczyć słów Radosława Wiśniewskiego z eseju Alienauci. Wyznanie idioty, w którym opisane zostały pokrótce cechy wyróżniające tzw. „Akademię Krakowską”: „w której ważna jest przygoda poety z językiem bardziej, niż przygoda poety ze światem”. Autor gatunków śniegu* sytuuje się gdzieś pomiędzy świa- tem a językiem, jego przyszłość widziałbym raczej w zbliżaniu się do tego pierwszego i ucieczce od drugiego, a szczególnie w wierszach, w których dominantą jest opis.
Na razie Król znajduje się jednak gdzieś pomiędzy. Miejmy nadzieję, że w następnej książce odnajdzie się i będzie ona głosem konsekwentnym i jednorodnym. Jest poetą!


RAFAŁ (ROBERT KRÓL) DERDA; KRÓL TATIBAH, ARTPAPIER.COM

Jak zaczniesz, będzie dobrze. Możesz tak i tak zacząć, możesz nie i nie. Samorzutność wirusów podaje naddatek wybujałym wątkom. I zdumiewa harmonia rzeczy tak bezładnych. Te polipy, nie do dotknięcia przy pierw- szym spojrzeniu, pod mikroskopem odsłaniają budowę jaśminowych pą- czków. Jeden rośnie na drugim, wyrasta z niego i z powrotem wrasta. W końcu końców odurza nas zapach amorficznych bukietów. Oprócz tego miłego prezentu, łączy nas zerowy stan posiadania. Kieszenie po karnawale, cesarz na bezludnej wyspie.
Na próżno wysyłamy po tyralierę zagubioną w gatunkach śniegu. Mówiłem do ciebie zapomnianym językiem. Jak nie zaczniesz, będzie źle (...) Nieznajomość terenu tylko wzmaga ekscytację. Obserwujemy ładne dłonie. Uda jeszcze ładniejsze. Smakujemy z dłoni ładne słowa. Frazy jeszcze ładniejsze. Ciężkie czasy, lekkie życie. Ciężkie analizy i lekkie przesunięcia. Rzeka zsiadła jak mleko w pępku krajobrazu. Prądy łechtające jak zabawy w muszlach amfiteatrów. Pióropusze tasiemek grają im wysokie hymny na wietrze, trzęsąc się obłędnie. Gwiazdozbiory pinezek wystukują salsę podskórnych erupcji, tracąc ostatecznie swoje powołanie.
Możemy śledzić windę, wpuszczoną w głąb wieżowca jak szpikulec, przez nakrętkę dachu. Można się przejrzeć w dnie oka, który wsysa przepływające grupami chełbie poleceń. Funkcjonuj. Traw. Detonuj. Kasuj. Pasuj. Psuj. Wskakuj tam, gdzie one dojrzewają. Nowe poletka głębokich przemyśleń. Hydrofoniczne plantacje pozbawionych korzeni orchidei. Król mówi, że igor mówi że (...) poeta używa języka do celów znanych tylko nam obu. Wielu jest nas, tych obu. Multiplikujemy się, symulujemy symultankę. Zmagania, zmachania (...) można wet za wet. Można zakładać dźwignię, przerzutnię, zdobywać w tym kolejne dany (...) przy każdym serwie i tak będzie net. Zielony stolik rozstrzygnie o wszystkim, weźmie bank.
Potem przyjdzie sprzątaczka, albo jakiś inny krytyk, tylko parsknie (...) nie możesz wyrwać wzroku z uścisku pędów powietrza. Ale taki to poeta, taki to tomik. Nie mogę wyrwać wzroku. Nikt jeszcze tak siarczyście nie ukochał wentylatorów.


MICHAŁ KASPRZAK; HABITUS HABITABILIS, SDK.PL

Są dykcje, których nie sposób dziś czytać, korzystając z gotowych schematów. Nie sposób ich sklasyfikować i usystematyzować. Nie sposób opisywać, przykładając tradycyjne hermeneutyczne narzędzia, krok po kroku operujące tekst. I pewnie dlatego, nad czym ubolewa Igor Stokfiszewski, poezja Roberta Króla pozostaje niepopularną rozgrywką z naszymi językowymi przyzwyczajeniami, dlatego krytyka, w osobie np. Gołoburdy, nudzi się i męczy tą lekturą, twierdząc, że nie da się przeczytać jednorazowo więcej niż pięciu wierszy tego autora.
Moim zdaniem, Robert Król najodważniej korzysta z przesunięcia, jakie ostatnimi czasy obserwujemy w humanistyce. Chodzi o pewne przegrupowanie akcentów i postaw - z postawy rozumowej, która stanowiła dominantę tekstualizmu, na postawę kontemplacyjną. Autor Gatunków śniegu* zmierza ku najczystszemu estetyzmowi i liryzmowi: Nareszcie pasaże zwykłych chmur. Zachody / podszyte fałszywą czerwienią. Wschody / też nie mniej podrobione, ale bardziej sprute. Jeśli korzysta z całej gamy chwytów tekstualnych, to nie po to, aby cokolwiek dekonstruować czy dekonwencjonalizować, lecz traktuje je jako udomowione gesty języka lirycznego.
Zachody podszyte, implikujące za chwilę bardziej sprute wschody, to, rzecz jasna, typowo leksykalno- znaczeniowa operacja, która pozostaje jednak tylko własnością "sposobu obrazowania". A ten nosi znamię czystej arbitralności (...) Wobec skończoności tematów i nieskończoności wariacji na tę skończoność, poezję Króla można tylko czytać albo cytować. I to mi wystarczy.


MICHAŁ KASPRZAK; HABITUS HABITABILIS, SDK.PL

A jeszcze do niedawna różnicowaliśmy tekst młodego poety, opierając się jedynie na w miarę logicznych spostrzeżeniach (...) Teraz będzie trudniej. Idiom uległ takiemu wyrafinowaniu, że staje się z lekka nieczytelny w świetle przyjętej logiki. Oczywiście, jeszcze da się go czytać w zestawieniu z taką organizacją mowy poetyckiej, jakiej zaufali Krzysztof Siwczyk, Maciej Melecki, Marta Podgórnik, Tobiasz Melanowski. I jeszcze paru. Więc teraz będzie trudniej o te „w miarę logiczne spostrze- żenia”; tak jakby przesunęła się granica czytelności czyli oznaczoności. Być może przesunęła się ona tylko dla mnie, bo mam 42 lata, a piszący 24 (albo jeszcze mniej). I to, co dla mnie jest coraz bardziej nieoznaczone, dla niego i rówieśników jest jak najbardziej oznaczone. I oczywiste.
A mnie właśnie zaczyna brakować tu poczucia oczywistości. Jakby grunt osuwał się spod nóg. Grunt mimo wszystko wyczuwalny u Siwczyka, Pluszki, Olszańskiego, Lekszyckiego, Chłopka, Sarny itd. Tu już nie wiem, na czym mam stawiać stopy, o co się oprzeć. Może po prostu trzeba przestać „różnicować tekst młodego poety” w oparciu o logiczne spostrzeżenia i należy wstąpić na „ścieżkę Sosnowskiego”, który właśnie to zaproponował: rozejście się, rozjechanie, rozpad prostolinijnej oznaczoności. Poezję Króla widziałbym w takiej perspektywie i na takiej ścieżce: niedosłownego przylegania, głęboko aluzyjnego znaczenia.
Wówczas nie będzie doskwierał mi brak konkretu i ta jakaś nachalna abstrakcja retoryczna. Jakże ona jest błyskotliwa, jakże sprawnie i z werwą prowadzona, ale dla mnie to jednak abstrakcja... Chciałoby się od czasu do czasu o coś bliższego ciału (wrażliwości, wyobraźni) zahaczyć. Trochę mało tych „rzeczy”, ale to nie znaczy, że w poezji Króla nie ma ich wcale.

Ktoś mnie pomylił z kimś innym. A potem wymienił się
na aluzje i kalekie pytania o dalszy ciąg. Zawsze jest to
ryzyko, że można być wziętym za kogoś innego w pozornym
świetle i brutalnej pozie. Nie każda aparatura wyczulona

jest wszak na wypróbowanych bohaterów bajek (...)

Może i pomyliłem, może zbyt łatwo przystrzygłem bohatera do wymogów i wymiarów „małego realizmu”, zbytnio ufając „aluzjom i kalekim pytaniom”, a zupełnie ignorując dalsze perspektywy, innej bajki, przypowiastki, swoistej baśni, ułamków mitu. W takim układzie propozycja Króla mimo pozorów podobieństwa wybiegałaby w swej estetycznej samodzielności dalej, niźli mi się tu wydaje. W takie rejony, gdzie grozi całkowite zerwanie z „w miarę logicznym” odczytaniem.
I wtedy byłaby jakąś przebiegłą rozgrywką z przyzwyczajeniami poetyckimi ostatnich lat, jakimś generalnym szyderstwem i rachowaniem lirycznych kości głównym bohaterom pokoleniowego mitu. I może już czymś takim jest – przynajmniej we fragmentach. Tylko nie wiem, na ile ów gest jest świadomy. Rzecz w tym, że tu wszystko wydaje się bardzo świadome, bardzo wyszukane w wielości podjętych kroków artystycznych. Dlatego czyta się tak niezręcznie. Bo wymyka się formułkom, szufladkom. Wiec duży talent? A może – duże nieporozumienie? „Nie każda aparatura...” itd. (...) Nadąża się po to, aby więcej zrozumieć,

gdy pojmuje się na własność i w niewielkich ilościach. Zatem
czyż język giętki podoła regułom tej gry? Nagromadzenie
spójników w charakterze wdów w końcówkach wersów bywa
już męczące. Szukam tezy, aby mógł wypełnić się mit.

Nie nadąża się zbyt łatwo za kapryśnym tokiem obrazowania. Lecz jeśli podejmie się ten wysiłek, to na końcu drogi nie czeka większe zrozumienie. Nie łudźmy się. Bo tu jest jak u Sosnowskiego – czeka jeszcze większe ogłupienie, skołowanie. Czyli oczarowanie. I radość z uczestniczenia w tej zabawie, w tym festynie słów, które kuszą, obiecując, że jednak jakieś drugie ich dno istnieje. „Ptak wessany pod obłok jeszcze się szamocze.” Tego typu zdania na chwilę rozpraszają mrok nieoznaczoności, przekopują się ku czytelnikowi przez zręczną pokoleniową retorykę poetycką. Jest się wreszcie czegoś (na moment) pewnym. Ale to tym bardziej pozorne, niepokojące. Bo zaraz ginie w rozedrganym, rozkołysanym oceanie słów. I te problemy – poszukiwanie złotego środka wyrazu – jak najbardziej dotyczą autora, który obdarza swego bohatera poczuciem niewspółmierności wysiłków i efektów, poszukiwań i dokonań.

(...) Chwytam się różnych metod,

dopóki jest jakaś szansa i logiczna całość do rozebrania.
Kontur jednak nie zawsze wytycza granice. Są doskonalsze
stany kamuflażu. Potworna przepaść. Spłycona głębia.
Cudze myśli w wymijających podpowiedziach.

Ja natomiast opowiadam się za nieznacznym poślizgiem
na rzecz puentowania wierszy (...)

Można by tak dalej, ale pora przerwać tę rozmowę ze strzępami cytatów. Jest z czym dyskutować na poziomie mikro, a co dopiero na makro poziomie, jest się nad czym zastanawiać. Koherentny, samodzielny, osobny świat. Trochę mgławicowy i nieprzystępny. Pochłonięty samym sobą czyli autotematyzmem. Ale już – ja sądzę – z oznakami doskonałości. Trochę jak logiczna całość do żmudnego rozbierania. Trudno o zachwyt, o jakiś rodzaj empatycznego utożsamienia. Ale to może właśnie dobrze. Mistrz Peiper byłby zadowolony. Przybosiowi brakowałoby tu liryzmu, lotnie zobrazowanej emocji. Jest poeta!